W ROLACH GLOWNYCH:
BARTEK - YAMAHA XZ 550'86 (sezon2002); TDM 850'94 (sezon 2002 i 2003)-
nawiniete ogolem na kolka cos ok. 20.000 km
KASIA - moj "Plecaczek" nawiniete na kolka z 1.500 metrow ( max na dwojce,
na pasie startowym)
JA, ARTEK - SUZUKI GS 500E'98 nawiniete na kolka 4.000 km ( od
kwietnia2003)
DZIEN PIERWSZY. (niedziela 20.07.2003)
(Gdansk, Gniew, Kwidzyn, Radzyn Chelminski, Golub-Dobrzyn, Rogoxno,
Bydgoszcz, Wenecja)
Okolo 9.30 udajemy sie z moim Plecaczkiem po Bartka, na miejscu
zamieniamy kilka slow, sprawdzamy czy mamy wszystko, co potrzebne i w trase.
Ok. 10-tej wyruszamy z Gdanska obwodnica w strone Lodzi.
Do przejechania mamy jakies 350km. Po drodze chcemy zahaczyc kilka ciekawych
miejsc wiec spodziewamy sie byc ok. 20-tej w naszej noclegowni, czyli
gospodarstwie agroturystycznym w Wenecji.
Po 50 km zatrzymujemy sie. Tak po prostu; na fajke, zapytac sie czy wszystko
jest OK. Okazuje sie, ze wszystko gra, a jedynym problemem jest upal. Przy
okazji dajemy troche powierza naszym klejnotom, a "Plecaczek" kuca sobie
pod krzaczkiem. Szybki papierosek i na motocykle.
Jedziemy. Chujowe "kocie lby", nie wiadomo jak jechac: czy szybko, czy wolno
? Droga jest szeroka, wybieramy, to pierwsze.
Potem zaczynaja sie plyty, jak na starym lotnisku, ale tu nikt nie zaluje
gazu wiec bierzemy przyklad z innych.
Tiry, busy, osobowe jakie to ma znaczenie ? To MY ich wyprzedzamy. Oni nas
moze i zapamietaja, my ich nie...
Waska droga, koleiny, z przeciwka sznur samochodow i karetka na sygnale -
zwalniamy.
Jestesmy w Gniewie; przed nami przeprawa przez Wisle. Czekamy na prom,
samochody przepuszczaja nas do przodu, ktos podchodzi, zaczyna rozmowe. Sam
kiedys jexdzil - rozumie nas - to mile.
Pedzimy do Kwidzyna, Bartek umowil sie na ogladanie Iza, znajdujemy adres.
Telefonujemy do kolesia. Iz sprzedany przed godzina - wracamy na trase.
Po 13-tej jestesmy w Radzyniu Chelminskim, idziemy na zamek. Zamek, jak to
zamek na tych terenach: normalny krzyzacki tyle ze rozwalony i trzeba placic
za wstep.
Zwiedzamy, pocimy sie - jest fajnie. Jeszcze kilka zdjec i idziemy na obiad.
W miedzyczasie udaje sie do lazienki i zdejmuje ochraniacze na kolana, ktore
mialem pod spodniami. Bartek suszy rekawice.
Zamieniamy sie: teraz Kasia przesiada sie na TDMa, ja jade sam. Prowadze,
nie dlatego, ze jezdze lepiej, tylko dlatego, ze jezdze wolniej i mam
slabszy sprzet.
Nastepny postoj to Golub-Dobrzyn. Bileter przyglada sie naszym strojom i
zaczyna gatke o tym jak kiedys mial BMW R35 i musial sprzedac Niemcowi.
Przychodzi przewodniczka; opowiada o historii zamku i legendy z nim
zwiazane np.: o konskich schodach. Zwiedzamy, mnie najbardziej podobaly sie
kusze.
Planowalismy obejrzec jeszcze ruiny zamkow w Pszczynie i Kowalewie Pomorskim
ale slonce tak nam dokucza, ze dajemy sobie spokoj. Za to jedziemy do
Rogoxna. Po resztkach zamku oprowadza nas prosty chlop i opowiada dosyc
ciekawie, przy okazji robimy sobie zdjecie z koniem...
Teraz bezposrednio do Wenecji pod Zninem, tam mamy nocleg. Porzadnie sie
pocimy i bola nas dupy. Jestesmy ok. 19-tej na miejscu, to znaczy prawie, bo
nie mozemy trafic pod podany adres i krazymy w kolko. Po kolejnym moim
bledzie dzwonimy do naszych gospodarzy. Mila kobieta podaje niezbedne
wskazowki jak trafic.
Bartek rusza pierwszy, ja tuz za nim, probuje go gonic: jedynka i gaz,
dwojka i gaz, TDM jest 5 metrow przede mna, trojka i ... po heblach.
Przednie kolo piszczy, tylnie piszczy - smierc w oczach. Nie dalem rady...
... zatrzymalem sie po jego prawej stronie, na wysokosci motocykla, gdybym
nie skrecil wjechalbym mu w dupe. Pytam: co sie kurwa dzieje, po chuj
hamujesz ? Nic. Pszczola, ujebala mnie w gebe - odpowiada. To zamykaj kask
idioto - mowie. Mialem zamkniety, spierdalaj - dodaje. Po krotkiej,
przyjacielskiej wymianie zdan jedziemy dalej.
Znajdujemy noclegownie, rozpakowujemy sie, myjemy i idziemy na piwo do
wiejskiego sklepu. Wiejskie sklepy sa najlepsze na swiecie. My na jednej
laweczce z "Lechami" w dloni, a na drugiej tubylcy w wieku lat od 40-60 z
jabolami. Samo zycie...
DZIEN DRUGI (poniedzialek )
( Ostrow Lednicki, Gniezno, Wenecja, Biskupin)
Pobudka, mycie, jedzenie, mapa na bak i w trase.
Najpierw Ostrow Lednicki (kolebka pierwszych Piastow polskich, grod z czasow
Mieszka I).
Bardzo sympatyczna droga, maly ruch. 70 km zrobilismy w niecale pol
godzinki. Super !!!
Dojezdzamy na miejsce; drewniane budynki, pusto, cicho, ani zywej duszy -
dzis poniedzialek, wszystkie muzea zamkniete. Zajebiscie, probujemy wiec
wbic sie do Skansenu - tez dupa...
Slonce parzy, kazdy postoj, zdejmowanie kurtek i rekawic, to prawdziwy
horror. Pot cieknie po czolach i dupach. Wkurwieni sytuacja idziemy na...
lody.
Dobre bylo. Ruszamy dalej: do muzeum miniatur ( miniaturki zamkow). I co?
Wiadomo...
Jedziemy do Gniezna, troche krazymy po uliczkach - zdazylo mi sie moto
zagrzac... Ale co do zwiedzania mamy troche wiecej szczescia; zaliczamy
katedre, podziemia, punkt widokowy - czyli wszystko co sie da. Humory troche
lepsze.
Aby poprawic sobie jeszcze bardziej nastroje zgodnie stwierdzamy: " Chcemy
mrozonej kawy !!!".
No i lazimy jak te debile: z plecakami, skorami, kaskami i szukamy miejsca
gdzie kawe takowa serwuja.
Nic. Nigdzie nie znalexlismy takiego miejsca !!! Zjedlismy za to tani
obiadek. ( Jak ktos mieszka w Gniexnie i nie ma co robic, to niech kupi
saturator i serwuje mrozona kawe - zbije majatek).
Jedziemy do Wenecji nacieszyc sie malutkimi kolejkami waskotorowymi. Muzeum
bylo przynajmniej otwarte, a dodatkowo Bartek na stoisku z "pamiatkami"
zaopatrzyl sie proce co by mogl mnie napierdalac ku ogolnej radosci.
Ruszamy do Biskupina, po drodze niesmialo zerkamy na ruiny zamku w Wenecji,
moze i fajny ale odpuszczamy zwiedzanie ze wzgledu na upal.
Biskupin tez otwarty: troche polazilismy po starej osadzie i postrzelalismy
z procy dopoki sparciala gumka sie nie zerwala. Przy wyjsciu zmienilismy
proce na wiatrowki i udalo mi sie nawet wygrac zestaw: jojo, kalkulator i
gierke Tetris.
Placimy za parking ( czyli miejsce na rowery za buda sprzedajacego bilety)
i bierzemy kurs na noclegownie. Spedzamy mily wieczor w towarzystwie
gospodarzy, ktorzy chetnie opowiadaja o ciekawych miejscach w poblizu, ktore
warto odwiedzic. Idziemy spac.
Nawinelismy kolejne 250 km.
DZIEN TRZECI (wtorek)
(Wenecja, Strzelno, Konin, Sieradz, Wielun, Czestochowa, Kozieglowy,
Markowice)
Czas na opuszczenie Wenecji. Ociagamy sie z wyjazdem ze wzgledu
na deszcz. Juz spakowani powoli pijemy kawe, analizujac mape. Odczekujemy
jeszcze pol godzinki, nie zanosi sie na poprawe pogody wiec...
Ruszamy dosyc energicznie, jest niewiele samochodow, jada wolno
wiec narzucamy dosyc szybkie tempo jak na warunki. Ja prowadze: zakret,
prosta, wyprzedzenie samochodow. Potem czeka na swoja kolej Bartek i to
samo: zakret, jakas prosta i wyprzedza samochody - jest tuz za mna ( jednak
nie mniej niz 20 metrow). Dojezdzamy do Strzelna gdzie zwiedzamy Rotunde sw.
Prokopa i Bazylike.
Dobrze sie jechalo pobocznymi drogami, gdzie byl maly ruch teraz wyjezdzamy
na droge "glowniejsza", tu jest znacznie zwiekszony ruch, przez co trudniej
wyprzedzac i robi sie niebezpiecznie; slisko, koleiny, oblewajace nas z
przeciwka
woda samochody...
Po 50 km dajemy sobie chwile wytchnienia. Zatrzymujemy sie w barze na stacji
benzynowej. Motocyklowa przygoda traci na uroku. Zaczynamy zrzedzic, ze
jestesmy debile i idioci, ze samochodem wygodniej, z muzyka, taniej i przede
wszystkim sucho.
Tak, deszcz naprawde dal sie nam we znaki; wszystko przemoczone; rekawice
kurtki, spodnie, buty. Pijemy ciepla herbate, ja zmieniam koszulke, bo
biezaca mi zamokla, Bartek na swieze skarpetki zaklada worki foliowe, bo
buty ma przemoczone. Kasia nie narzeka, kupila sobie ciastka i nawet ma
dobry humor - jej stroj sie sprawdzil.
W Koninie jak juz wjechalismy na rondo, to objechalismy je chyba dobre piec
razy, zdezorientowani gdzie mamy jechac... W koncu kiedy podjelismy decyzje
o zjexdzie z ronda, to ja pojechalem w jedna strone a Bartek w druga.
Zatrzymalismy sie zeby popytac o droge i trafilismy na ludzi, ktorzy mieli
ten sam problem, co i my. Konin dziwne miasto...
Zatrzymujemy sie w Czestochowie przy jakims supermarkecie, zeby nabyc paste
do butow, skor jakas polopiryne i flaszke Krupniku na rozgrzewke.
Najgorszy dzien, najwiecej deszczu, najwiecej przejechanych kilometrow. Po
przejechaniu blisko 400 km jestesmy tak zjebani, ze wypijamy po piwku i
idziemy spac.
DZIEN CZWARTY (sroda)
(Siewierz, Bedzin, Rabsztyn, Ogrodziniec, Morsko, Mirow Boboloce)
Rano zjadamy sniadanko, ktore jest wliczone w cene pokoju i ruszamy na
podboj Jury krakowsko-czestochowskiej.
Wyjezdzamy na glowna i dajemy czadu, za chwile jestesmy na zamku Siewierz,
zamek, nawet fajny z tym, ze zamkniety i nie mozemy sie dostac do srodka.
Robimy zdjecia i uciekamy dalej - do Bedzina. Zwiedzamy wieze, muzeum i
knajpe zamkowa. Nastepnie ruiny zamku w Rabsztynie. Pod zamkiem spotykamy
samochod z Gdanska - tak jakos przyjemniej wiedziec, ze to nie tylko my
pojechalismy z Gdanska na zamki.
Zaczynamy klocic sie miedzy soba, Bartek nie mam nastroju do jazdy, Kasia
jest glodna, a ja chce zwiedzac zamki i nie zgadzam sie na jakiekolwiek
zbedne postoje.
W miedzyczasie mylimy droge i robimy kilkadziesiat niepotrzebnych
kilometrow. Atmosfera jest coraz gorsza. Dojezdzamy do Ogrodzienca.
Zwiedzamy, potem znowu sie klocimy, Bartek jest glodny, olewa
... wiecej »